
Nazywamy się Ewelina i Piotr i jesteśmy w ciągłej drodze. Naszą najdłuższą podróż zaczęliśmy 27.07.2019 – wtedy udzieliliśmy sobie (w obecności najbliższych z rodziny i przyjaciół) sakramentu małżeństwa.
Nasze opowieści rozpoczniemy od podróży poślubnej, w którą wybraliśmy się do… Chin. Nie mamy zamiaru opisywać historii tego państwa, bo to może przeczytać każdy w Internecie lub w przewodniku. Chcielibyśmy pokazać Wam miejsca, które zwiedziliśmy, naszymi oczami. Opisać nasze wrażenia o być może skonfrontować z Waszymi opiniami. Nie przedłużając… Zapraszamy do lektury!



Naszą podróż zaczęliśmy od wylotu z Warszawy do Pekinu. Linie lotnicze “Air China” ugościły nas już na pół azjatycką kuchnią. W samolocie można było obejrzeć kilka filmów – tylko jeden był po angielsku, reszta po chińsku. Można było się zdrzemnąć – każdemu przysługiwała poduszka i kocyk. Bardzo często obsługa chodziła i pytała: “Do you want water?” Mimo trwającego ponad osiem godzin lotu, czas minął szybko. Wysiedliśmy z samolotu i małym autobusem podjechaliśmy na lotnisko. A tam… nie wszystko już było tak piękne. Gdzieniegdzie angielskie napisy informowały, że obcokrajowcy mają iść inną drogą. Potem na migi dowiedzieliśmy się, że musimy zeskanować paszport i wypisać “Arrival card”. Po odstaniu kilku minut w kolejce w końcu dostaliśmy się na drugą stronę bramki. A tam… Nagle peron i informacja, że za trzy minuty będzie pociąg. To tak duże lotnisko, że trzeba tu jechać pociągiem? Szybko i sprawnie przedostaliśmy się do części, w której był odbiór bagażów. Odebrawszy swoje rzeczy ruszyliśmy w poszukiwaniu naszej przewodniczki. Szerokie korytarze, mnóstwo ludzi idących w różne strony – to nam nie pomagało i raz zdarzyło nam się zabłądzić, co skończyło się przeszukiwaniem nas obojga. Jednak już po paru minutach naszym oczom ukazała się grupa Polaków z przewodniczką polską – panią Zofią oraz chińską przewodniczką – Helen. “Chyba już się nie zgubimy” – przeszło mi przez myśl i z optymizmem ruszyliśmy za resztą grupy. Jak tylko wyszliśmy z budynku lotniska, buchnęło na nas ciepło (było wcześnie rano, na niebie nie było widać słońca, ale wszystko wskazywało na to, że będzie… gorąco ;)). Po odliczeniu członków naszej grupy wsiedliśmy do autobusu i udaliśmy się w drogę na zwiedzanie.




Na sportowo
Na sam początek podjechaliśmy pod stadion olimpijski. Ogrom wszystkiego nas zaskoczył. To, co zapamiętałam, to słowa przewodniczki o tym, że po zakończeniu olimpiady jeszcze wielokrotnie były powtarzane spektakle z okazji otwarcia igrzysk – tłumy Chińczyków przybywały, by je zobaczyć. Naszym oczom ukazał się ogromny basen. Azjaci mają czym się pochwalić i kto zdolniejszy, ma gdzie trenować. Mimo że potem widzieliśmy już tylko stadiony z lotu ptaka, możemy stwierdzić, że w Chinach są warunki do uprawiania różnych sportów. Tu może wspomnimy już o dodatkowej atrakcji w Szanghaju, na której byliśmy, a więc na występach akrobatów chińskich i motocyklistów. Cóż… Może nie będziemy opisywać a pokażemy, co nasi chińscy przyjaciele potrafią. Tylko brać przykład!


